Alfa Romeo delikatnie wtoczyła się na jedną z barcelońskich ulic. Zadbane kamienice, ozdobione
dużą ilością kwiatów oświetlało
leniwie padające światło ulicznych latarń. W okół panowała
cisza i spokój, czasami przerwana odgłosami wydawanymi przez
goniące się koty lub wracających do domu, rozochoconych Hiszpanów.
Wyszłam z samochodu i roztargniona spojrzałam
na Patricię, która wyciągała z pojazdu swego brata.
- Myślisz, że parkowanie tutaj jest dozwolone? W sumie
nie widziałam żadnych znaków, ale wiesz nig...
- Czy Ty mogłabyś się na chwilę zamknąć?! Całą
drogą gadałaś, nawet nie wiem o czym, nie miałam siły ani chęci
by tego słuchać. Naprawdę nie widziałaś, że tym momencie mam
trochę inne zmartwienia niż Twoje wywody na temat przestępczości i policji krążącej po metropoliach nocą?!
Zakonnica wpatrywała się we mnie z mordem w oczach, aż
ciarki przechodziły. Wzięła kilka głębszych oddechów,
przymknęła oczy i poprawiła kosmyk włosów opadających na jej
czoło.
- Przepraszam, nie powinnam się tak unosić -odparła,
patrząc na mnie o wiele łagodniej niż poprzednio – proszę,
pomóż mi z nim, sama nie dam rady...
Prośba, mimo że wypowiedziana spokojnie, zdawała się
mieć jakieś głębsze emocjonalne podłoże. Widziałam, jak jej
oczy zaszkliły się delikatnie, gdy objęła naszego dodatkowego
towarzysza, by pomóc mu utrzymać równowagę.
Łatwo było się domyślić, iż powodem nie
był wysiłek.
Brat, mimo posiadania widocznej muskulatury i co
najmniej metra osiemdziesiąt, dał się prowadzić wyjątkowo łatwo.
Objęłam go z drugiej strony, a jego ręka spoczęła na mych
barkach. Był już bardziej przytomniejszy niż pod czas
drogi, jednak na schodach prowadzących do mieszkania w kamienicy
parę razy musiałyśmy powstrzymywać go przed sturlaniem się po
stopniach w dół, spowodowanym utratą równowagi. Wdrapałyśmy się na zaledwie drugie piętro, lecz droga z takim balastem
trwała zadziwiająco długo. Dlatego też, gdy w końcu udało mi
się dotrzeć do drzwi ukoronowałam tą chwilę głośnym
westchnięciem. Patricia tylko skarciła mnie pouczającym
spojrzeniem i przekręciła kluczyki w zamku. Po włączeniu światła
ukazało mi się niewielkie, urządzone w myśl minimalistycznego
stylu lecz nawiązujące do charakteru otoczenia, dwupokojowe
mieszkanie.
- Zanieśmy go od razu do salonu – usłyszałam
polecenie, które posłusznie wykonałam. Zdobycz z dzisiejszego
wieczoru położyłyśmy na obszernej sofie, znajdującej się w
pokoju połączonym z aneksem kuchennym, którego
resztę wolnej przestrzeni zajmował wielki fotel, stolik do kawy
stojący na dużym, puchatym dywanie i telewizor wiszący na ścianie.
Wszystko to było pokryte znaczącą warstwą kurzu wskazującą na
to, że ostatnio przebywał tu ktoś najwcześniej miesiąc temu.
- O matko, to już 3? - z zamyśleń wyrwał mnie głos
znajomej wychodzącej z łazienki dzierżąc w dłoni plastikową
miskę, którą następnie postawiła koło głowy wystającej znad
tapczanu. Następnie obróciła się w moją stronę, położyła
ręce na biodra i spojrzała na mnie.
- Naprawdę przepraszam Cię za tą nocną,
niespodziewaną eskapadę. Nie myśl sobie, że
zgarnęłam Cię wtedy z ulicy po to, by dziś Cię wykorzystać.
Naprawdę, wtedy chciałam Ci pomóc i wciąż możesz na mnie
liczyć. I cieszę się, że nie odmówiłaś mi, bo
najprawdopodobniej nie dałabym rady bez Ciebie. Jest tyle rzeczy,
których nie wiesz, ale spokojnie, wszystko w swoim czasie.
Powiedziawszy to utknęłam w jej uścisku pełnym
miłości, ciepła i serdeczności. Gdy oderwała się ode mnie
przetarła dłońmi swoje oczy i wręczyła mi do dłoni klucze.
- Masz, jak wyjdę zamknij, dwa razy u góry, raz na
dole. Mam nadzieję, że nie będzie z nim problemu.
Najprawdopodobniej przesadził z alkoholem, nie
sądzę by był pod wpływem narkotyków, więc w sumie nie masz się
o co martwić. Tylko o to by jutro miał pod dostatkiem duże ilości
wody, ale to chyba nie powinno być jakimś wielkim wyzwaniem. No
cóż... to chyba było by na tyle – uśmiechnęła się
przyjaźnie, przytuliła mnie jeszcze raz i ruszyła w stronę
wyjścia, zostawiając mnie osłupiałą na środku salonu. Gdy była
w trakcie przekraczania progu odwróciła się i spojrzała się w
moją stronę – A, o siostrę przełożoną się nie martw, powiem
jej, że znalazłaś jakąś dorywczą pracę z lokum, chociaż ona
najprawdopodobniej nawet by nie zauważyła Twojego zniknięcia.
Twoje torby przywiozę jutro, jak wpadnę zobaczyć jak się
trzymacie. Ale raczej będę pod wieczór, wiesz jaki mamy napięty
grafik – ogarnęła wzrokiem całą przestrzeń jakby chciała się
upewnić, że sufit nie zawali nam się na głowę lub jakiś
złodziej nie wyskoczy z balkonu. Gdy małe oględziny dobiegły
końca wyszła z mieszkania rzucając na pożegnanie jedynie krótkie
„Trzymaj się, pa”. Odpowiedziałam lekkim
skinieniem głowy i usiadłam na krześle stojącym przy kuchennej
wyspie. Oparłam głowę na dłoniach i zaczęłam tępo wpatrywać
się w ciemną przestrzeń wypełnioną płytkim oddechem towarzysza.
Pięknie, nawet nie wiem jak on ma na imię, pomyślałam. Po raz
kolejny od mojego przyjazdu do Barcelony nie wiedziałam czy śmiać
się czy płakać. Usilnie próbowałam pokonać moje opadające ze
zmęczenia powieki z obawy, iż pod czas snu jegomość może mnie
zaatakować nożem, udusić rękoma, wyrzucić przez balkon, utopić
w wannie...
Z głębokiego snu wyrwało mnie głośne trzaśniecie
drzwiami od lodówki. Cała obolała podniosłam swoją głowę,
jednocześnie zabierając się za rozmasowanie karku, który mimo
obawom był cały. Przetarłam oczy i rozejrzałam się dookoła.
Przy lodówce stał brat Patrici opróżniający naraz całą butelkę
wody, mimo to nie miał problemu by cały czas się wpatrywać się
we mnie. Gdy oderwał swoje usta od plastiku oparł się o parapet,
założył ręce na piersi i powiedział coś po hiszpańsku.
- Wybacz, ale nie rozumiem – odpowiedziałam, jednak
po angielsku. W zamian uzyskałam tylko kpiący uśmiech na jego
twarzy.
- Mówiłem, że widzę, że siostra załatwiła mi
niańkę, ale – w tym momencie zrobił pauzę, którą przeznaczył
na dokładne oględziny mej sylwetki – sądzę, że mogła się
bardziej postarać.
- Ona się o Ciebie martwi.
- Och, skończ. To żałosne. Nie
obchodzi mnie czy moja siostra płakała całymi dniami za mną czy
miała gdzieś to co się ze mną działo – minął mnie i
chwytając kolejną butelkę wody poszedł w stronę łazienki.
- Ale ja też chciałam... - mój bunt, tak jak
przewidywałam, okazał się nie skuteczny, gdyż mężczyzna zaśmiał
się w moją stronę i powiedział coś o tym, że nie musiałam spać
do południa. Zrezygnowana podeszłam do lodówki, wyciągnęłam z
niej mleko, które niestety okazało się być przeterminowane o czym
dowiedziałam się zdecydowanie za późno. Wyrzuciłam karton do
kosza i usiadłam z powrotem na krześle. Będzie dobrze, myślałam,
będzie dobrze. By upewnić się w tych zapewnieniach opadłam
tułowiem na blat i uderzyłam w niego parę razy głową.
Nowy rok szkolny, nowa energia, nowe pomysły, ogólnie moc. Teraz tylko pisać, pisać, pisać.