Razem
z całym tabunem ludzi wyszłam na powierzchnie ze stacji,
dumna z siebie, że mój pierwszy kontakt z metrem, na dodatek
niepolskim, przebiegł tak bezboleśnie i szybko. Odeszłam kawałek,
żeby zdjąć plecak, by dać odetchnąć mym plecom, mimo że i tak
czułam, że mam wodospad na plecach. Trzymając w jednej dłoni
mapę, a w drugiej słowniczek starałam określić moje dokładne
położenie, by i tym razem bez problemu dotrzeć do miejsca mego
noclegu. Po wyznaczeniu swojego celu ruszyłam w głąb uroczych
kamieniczek, przyglądając się Barcelończykom, którzy wracali z
pracy do domu, niosąc ze sobą wielkie torby z zakupami,
jednocześnie pilnując swoje pociechy, by nie wpadły pod koła co
chwilę przejeżdżających samochodów. Dreptałam sobie spokojnie,
co chwilę zerkając na mapę, by sprawdzić jak
blisko celu już jestem. Według niej
byłam w miejscu, gdzie
powinien znajdować się mój hotelik. Jednakże w zasięgu mego
wzroku nigdzie nie mogłam dostrzec ani szyldu, ani żadnej
tabliczki, która wskazywałaby moją kwaterę. Z lekkim
poirytowaniem sięgnęłam do kieszeni moich szortów, by wyciągnąć
karteczkę z dokładnym adresem. 185 Carrer de
Casanova. Dokładnie przyjrzałam się
numerom. 183, 184, 186… ale mojego nie ma! Pomyślałam sobie, że
to chyba jakiś tandetny żart. Wystukałam w komórce numer do
właścicieli owego hotelu widmo, w którym mieli nocować wszyscy
uczestnicy kursu, by zorientować się o co właściwie w tym
wszystkim chodzi. Niestety, na 10 wykonanych połączeń wszystkie
nie przyniosły rezultatów, gdyż ani jeden nie został odebrany.
Pokierowałam się w stronę niewielkiego sklepiku, by wypytać kogoś
o co w tym chodzi.
-Dzień
dobry – przywitałam się w języku angielskim, mając nadzieje, że
sprzedawca będzie rozumiał – wie pan może coś o…
-Hotel
Los Amigos? – było to bardziej potwierdzenie, niż pytanie.
Odpowiedziałam na nie tylko skinieniem głowy, gdyż obawiałam się,
że odpowiedź na nie jest już mi znana.
-Oj,
nie ty pierwsza i nie ostatnia, kochana – powiedziała łamaną
angielszczyzną staruszka stojąca za ladą – codziennie ktoś się
o niego pyta… eh, tacy ludzie naiwni. Masz – wcisnęła mi do
ręki dwie bułki – żebyś głodna nie chodziła. Podziękowałam
tylko i wyszłam na zewnątrz. Ciężkim krokiem ruszyłam do przodu,
skubiąc pieczywo i powoli zdając sobie sprawę z tego w jakiej
sytuacji się znajduję. Fakt, że nie ma noclegu oznacza również,
ze nie ma kursu. Jestem ponad dwa tysiące kilometrów
od domu, w portfelu znajduje się 100 euro. Hotel
i kurs były już zapłacone, po za tym po dwóch tygodniach z
domu mieli mi przysłać pieniądze, więc nie
czułam potrzeby zabierania ze sobą więcej, zwłaszcza
bilet powrotny już dawno miałam wykupiony. O ja głupia, o ja
naiwna. Już widzę jak przeżyję tu za tą marną kwotę chociaż
tydzień. Na dodatek znajdowałam się samotna w wielkim, obcym mi
mieście, nie znając języka, a moimi jedynymi towarzyszami były
przewodnik turystyczny i słowniczek z mini-rozmowami. Wiedziałam,
że wcześniejszy przelew z Polski był niemożliwy ze względu na
sytuację finansową w rodzinie. Byłam w kropce.
Wszystkie siły wszechświata chyba działały właśnie przeciwko
mnie. Nagle poczułam wibracje w kieszeni. Szybko wyciągnęłam
telefon i automatycznie odebrałam połączenie.
-Si?
– rzuciłam z nadzieją, że to może ludzie od tego nieszczęsnego
kursu.
-Oj
Liluś, już tam tak się zadomowiłaś? – do mych uszu dobiegł
ciepły głos babci, który, wydawał mi się zarazem rzeczą, której
za razem najbardziej potrzebowałam oraz nie chciałam w tym momencie
– jak tam? Słoneczko świeci? Lot bez problemów?
Miałam
ochotę jej wszystko powiedzieć. Że jestem tu sama, bez pieniędzy,
bez dachu nad głową, bez szansy na przeżycia, że w nocy pewnie
ktoś mnie zgwałci, zabije i na dodatek zje, a jak jednak uda mi się
przeżyć to zostanę ulicznym kloszardem. Że po raz kolejny ktoś
mnie oszukał, że po raz kolejny przejechałam się na swojej
ufności, że jestem naiwną debilką, którą powinno się izolować
od wszystkich kosztownych pomysłów. Chciałam krzyczeć, wyć do
słuchawki, błagać babcię, by przyjechała tu, wzięła mnie stąd,
objęła mnie ramieniem i niby pouczająco, lecz jednak współczująco
powiedziała „nie martw się, nie powiem że nie mówiłam”.
Ale
nie. Przyzwyczaiłam się do tego że nie pokazuję swoich słabości,
mimo że rozwalają mnie na milion kawałków. Zwłaszcza teraz, gdy
najbliższa mi osoba była tak bardzo dumna ze mnie. Wzięłam
głęboki oddech, powstrzymując łzy gromadzące się w mych oczach.
-Lot
obył się bez niespodzianek. Gorąco bardzo – zdjęłam plecak i
oparłam go o pobliski budynek.
-
A ludzie mili? Dogadujesz się z nimi jakoś?
-Tak,
na szczęście mówią po angielsku – każde słowo wypowiadałam
z coraz większym trudem, czując że jednak moje zdolności
samokontroli nie są aż tak wielkie – Babciu, muszę kończyć,
zadzwonię jutro, kocham Cię.
Nie
czekałam nawet na to, aż się ze mną pożegna. Właściwie,
robiłam to dla jej dobra, pozbawiając ją powodów do zmartwień
związanych ze mną. Ukucnęłam i przywarłam plecami do chłodnej
ściany, starając się oddychać równomiernie by pohamować wybuch
płaczu. Jednak to już było silniejsze ode mnie. Teraz, gdy
praktycznie nie było nikogo dookoła mnie, mogłam pozwolić sobie
na okazanie mojej słabości. Wszystko jakby
wewnątrz mnie wybuchło, łzy leciały wartkim strumieniem,
zanosiłam się żałosnym łkaniem, z trudnością łapiąc małe
porcje powietrza.
Nagle
przede mną, prawie jakby spod ziemi, wyrosła postać w czarnej
spódnicy. Właściwie, po dokładnym
zlustrowaniu tej osoby, stwierdziłam, że to habit. Tak, przede mną
stoi zakonnica w najczystszym wydaniu. Znak od Boga? Przetarłam
rękoma zapłakane oczy i wlepiłam wzrok w kobietę.
-¿Qué
estás haciendo aquí?
-Przepraszam, ale co? - zapytałam po angielsku, mając
nadzieję, że należy do grupy ludzi, z którymi idzie porozumieć
się w tym międzynarodowym języku.
- Potrzebujesz pomocy? - tym razem
skierowane pytanie było zadane po brytyjsku. Czyżby pojawiła się
malutka lampa w tym wielkim, ciemnym tunelu nędzy i rozpaczy?
-Jestem sama tutaj, nie mam pieniędzy, nie mam gdzie
spać, mój dom znajduje strasznie daleko, jest źle - między
pociąganiem nosem, pochlipywaniem a przerwami na wzięcie
uspokajających oddechów udało mi się wypowiedź w miarę porządne
zdanie.
-Masz – zakonnica wyciągnęła w moją stronę
chusteczkę dając mi dobitnie do zrozumienia, że powinnam przestać
płakać, chociaż by po to, by nie straszyć
ludzi. Sama za to ubrała mój plecak i gestem pokazała mi, żebym
wstała – No, głowa do góry, zaraz znajdziemy jakieś
rozwiązanie.
Spojrzałam na nią niepewnie, mimo iż bardzo chciałam
wierzyć w to, że jakimś cudownym trafem uda się jej mi pomóc.
-To jak? Damy radę? - uśmiech na jej twarzy sprawił,
że jedyne co byłam w stanie zrobić to pokiwać głową, z
nadzieją, że ta kobieta okaże się moim aniołem stróżem.
Tak jak obiecałam, tak przeczytałam :D
OdpowiedzUsuńZapowiada się ciekawe opowiadanie z miejscem akcji w Barcelonie, podobno ślicznym mieście pełnym gorących mężczyzn. Ale nie wiem czy zakonnica i faceci to się nie wyklucza XD Lila jest dzielna da sobie rade nawet bez pieniędzy, dachu nad głową, ani znajomości języka.
Generalnie to podoba mi się bardzo, rzeczywiście dojrzalej piszesz, oby tak dalej ;)
Chiyeke, czyli jezochomik :D
Nie czytałam nigdy wcześniej tego, co piszesz, więc nie wiem, czy jest to dojrzalsze pisanie od Twojego poprzedniego, ale z pewnością już mnie kupiłaś. Wybacz, że odzywam się dopiero teraz, mimo iż na tt widziałam wcześniej tego linka, tak jakoś wyszło... Mi się bardzo podoba, bo ja kocham Barcelonę, a do tego imię głównej bohaterki jest piękne (w końcu moja jedna też ma tak na imię, więc musi być piękne, czyż nie? :)). A z zakonnicami mam miłe wspomnienia, więc myślę, że jej pomoże. I teraz czekam, czy moje przypuszczenia się sprawdzą.
OdpowiedzUsuńŻyczę Ci dużo, dużo, duuuuuuużo weny i samozaparcia w dalszym pisaniu, Szanowna_L :)
(Jestem ciekawa, czy zgadniesz mój nick na twitterze :P)
Uśmiechnęłam się pod nosem, bo ja swoją pierwszą przygodę z metrem przeżyłam w Rzymie i gdyby nie mój prywatny przewodnik, to na pewno nie dałabym rady. ;)
OdpowiedzUsuńI tak mi strasznie żal bohaterki, bo los jej nakopał w dupę.