Barcelona spowita nocnym mrokiem wyglądała zupełnie
inaczej niż za dnia, gdy każdy fragment tego miasta był
rozświetlany przez promienie słoneczne wkradające się w każdy
zakątek tego miasta. Teraz, kiedy jedynym oświetleniem były uliczne
lampy i księżyc delikatnie świecący na niebie, było tu
intrygująco i tajemniczo. Przy klubach i barach stojących przy
naszej trasie wylewali się ludzie, zazwyczaj turyści,
którzy dali ponieść się gorącemu katalońskiemu klimatowi.
Poruszanie się o tej godzinie na barcelońskich ulicach
należało do całkiem przyjemnych doznań. Puste ulice, za dnia
zakorkowane, teraz zachęcały, by sprawdzić wszystkie możliwości
tego sportowego auta. Z rozmyślań o osiągach tego cacka
wyrwało mnie czerwone światło, na które zareagowałam gwałtownym piskiem
opon. I moje szczęście, gdyż dosłownie parę sekund później
przed naszą maską przejechały z prędkością światła dwa
stuningowane samochody, a za nimi, w nieco wolniejszym tempie kilka
radiowozów policyjnych.
- Wyścigi samochodowe? Myślałam, że Hiszpanie
są za leniwi na takie zabawy – rzuciłam wesoło, starając się
rozluźnić dosyć nerwową atmosferę.
- To? To jest zmora tutejszej policji. Naoglądają się
dzieciaki tych amerykańskich filmów, ledwo co dostaną prawo jazdy
i już, wielcy królowie kierownicy – prychnęła odrzucając swoje
długie, sięgające do pasa, czarne włosy, które doskonale
podkreślały jej urodę, typową dla tego rejonu, – Chociaż to,
co widziałaś to i tak nic takiego. Zdarzają
się jeszcze większe kolumny, ale co ja ci tu będę...
- Właśnie, jak tak rozmawiamy o policji,
samochodach...-ścisnęłam mocniej kierownice i powoli wcisnęłam
gaz, kontynuując naszą zagadkową podróż – to nie wiem czy
wiesz, ale...ale nie mam przy sobie prawo jazdy, więc jak nas
złapią...
- Spokojnie, jedziesz z zakonnicą –
uśmiechnęła się z przekąsem, ciągle patrząc prosto przed siebie,
co chwile wydając mi komendy dotyczącego tego w jakim kierunku mam
jechać.
- Macie jakiś immunitet, tu w Hiszpanii? Tak jak
politycy? - rzuciłam wesoło.
- Nie, po prostu tam na górze, ktoś ciągle nad nami
czuwa – powiedziała to powoli i spokojnie, po głosie można było
odczuć, że naprawdę wierzyła, że dziś nic
złego się nie stanie. Ja tylko cichym mruknięciem potwierdziłam
słuszność jej opinii. Nie miałam ochoty ani sił, by wdawać się
w jakieś rozległe dyskusje na temat wiary, gdyż z moją było jak
było. Raz lepiej, raz gorzej, jednak ostatnio zdecydowanie
zaliczałam tendencję zniżkową.
Kierowałyśmy się na obrzeża miasta. Odczytałam to
nie tylko ze znaków, które co chwilę pokazywały przeróżne zjazdy prowadzące na autostrady i obwodnice, ale również
zabudowa uległa zmianie. Miejsce zadbanych,
secesyjnych kamienic zajęły niezbyt ciekawe osiedla domków
ustawione jeden koło drugiego, przypominające kartonowe pudła.
Zdecydowanie nie była to okolica, którą wybrałabym na wieczorny
spacer, nawet w dzień musi być tu nie zaciekawie.
- Zatrzymaj się tutaj – mym uszom dobieg głos
Patrici, tym razem już nie tak silny jak na początku.
- Gdzie my jesteśmy? Co to za okolica? Jesteś pewna,
że to tu miałyśmy przyjechać? - spojrzałam na nią z nadzieją,
że wyjrzy za okno a następnie, stwierdzi, że jednak zawracamy.
- Torre Baró, to na pewno tu – odwróciła się na
tylnie siedzenie, skąd wyjęła skórzaną
kurtkę, którą niezgrabnie narzuciła na siebie i wyszła na
zewnątrz.
- Hola, Hola, seniorita – krzyknęłam przerażona,
rozciągając się wzdłuż przednich foteli, by ręką przytrzymać
drzwi, przez które wyszedł mój dzisiejszy pilot – a ja to co?
Mam tu siedzieć i czekać, aż mnie tu napadną, zgwałcą i zabiją,
gdy ty będziesz... będziesz gdzieś tam?!
- Jesteś w samochodzie – przecedziła przez zęby
-ile ty masz lat?! Mówiłam ci, że dzisiaj nic złego się nie
stanie, więc może w końcu czas byś w to uwierzyła?
Zamknęła drzwi z głośnym hukiem, jednak od razu je
otworzyła i rzuciła tylko szorstkie „Nie wyłączaj świateł”
i ruszyła w stronę jednego z budynków
zostawiając mnie samotnie w zaparkowanym pojeździe. Moja
towarzyszka wyłaniała się z ciemności, dzięki światłu
rzucanemu przez pojazd. Miałam doskonałą okazję by przyjrzeć się
jej sylwetce, gdy wyjątkowo nie była schowana pod habitem. Założone
miała sportowe buty i obcisłe dżinsy, które podkreślały jej
zgrabną figurę. Aż dziw bierze, że taka piękna dziewczyna
marnowała się w zakonie, zwłaszcza, gdy teraz patrząc na nią,
chyba nikt nie stwierdziłby, że ma do czynienia z osobą duchowną.
Prędzej wzięli by ją, zważając na to, że znajdowaliśmy się na
jednej z niebezpieczniejszych dzielnic stolicy Katalonii, za kobietę,
którą idzie zaspokoić swojego klienta. Nocne życie, zaśmiałam
się w duchu. Za dnia porządna osoba, a w nocy, hulaj duszo piekła
nie ma...
Nie Lili, przystopuj! Dla orzeźwienia i ogarnięcia
myśli wymierzyłam sobie lekkiego plaskacza w twarz. Nawet nie mam
prawa, by myśleć tak o dziewczynie, która zaopiekowała się mną,
gdy wcale nie musiała, mimo że wywozi mnie na jakieś peryferie w
środku nocy. Właściwie, to można rzecz, że sama się wywiozłam.
Z nudów zaczęłam naciskać guziki i przekręcając
pokrętła, by znaleźć stację radiową, która oprócz nadawania
latynoskiego popu, puszczała też inne gatunki muzyki. Gdy po kilku
minutach poszukiwań udało mi się osiągnąć cel, oparłam głowę
o zagłówek i zamykając oczy próbowałam wprowadzić się w stan
rozluźnienia. Przez dobre parę minut myślami
odpływałam daleko, nucąc od czasu do czasu pod nosem co
słynniejszy utwór.
Z hibernacji wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi.
Automatycznie odwróciłam się do tyłu. Mym oczom ukazał się
przedziwny obrazek. Patricia właśnie układała na siedzeniach
jakiegoś mężczyznę, pozbawionego świadomości lub znajdującego
się w głębokim śnie, ubranego w poszarpaną koszulę i
porozdzierane spodnie, w których zdecydowaną większość stanowiły
dziury, a nie materiał. Na dodatek, było widać, nie tylko po
ubraniach, ale po osobniku, że woda w miejscu, gdzie przebywał,
była towarem deficytowym. Czy moja wybawicielka bawi się w
tworzenie przytułku, w ten sposób aplikując na zdobycie tytuły
świętej?
- Kto to jest ?! - wydałam z siebie stłumiony okrzyk,
starając się wyglądać na opanowaną, a za razem dać jej do
zrozumienia, że to co tu się dzieje do normalnych zjawisk nie
należy.
- To mój brat – odpowiedziała rozluźniona, gdy
usiadła za mną, kładąc na swoje kolana jego głowę.
- Co?!! - tym razem już nie starałam się niczego
ukrywać, mój głos niebezpiecznie osiągnął pułap wysokiego C –
on chociaż żyje?!
- Tak, w każdym razie mam taką nadzieję, że jest
cały i zdrowy – okryła go swoją kurtką oraz kocem, który
wyciągnęła z jednego ze schowków znajdujących się pod
fotelami– ale teraz już lepiej jeźdźmy. Musisz nas zawieść
do mieszkania.
Zakonnica z własnym autem, mieszkaniem i na pół
żywym bratem, którego znalazła na ulicy, gdzie nikt o zdrowych
zmysłach sam by się nie wybrał? Czy ktoś mi może wytłumaczyć,
o co w tym wszystkim, do cholery, chodzi?!
Mam wrażenie, że trochę rozdział o wszystkim i niczym, ale przynajmniej jedna zagadka rozwiązana. Dziękuję za komentarze, to bardzo motywuje :)