Stanęłyśmy
przed niewielką metalową bramą znajdującą się niedaleko wejścia
do małej kaplicy. Za furtką znajdował się mały, ale
uporządkowany i obsadzony zielenią dziedziniec, był otoczony malowniczymi krużgankami, po których
spokojnie, co jakiś czas, spacerowały zakonnice.
Patricia,
bo tak miała na imię moja wybawicielka, wpisywała kod do bramy.
Gdy naszym uszom dotarło ciche pyknięcie, pchnęła metalowe
drzwiczki i gestem zaprosiła mnie do wejścia na teren zakonu.
-
Ale naprawdę nie będę kłopotem?
-
A skąd ci to przyszło do głowy? Naszym powołaniem jest pomaganie
ludziom, a ty – spojrzała na mnie przez ramię i posłała mi
uśmiech – a ty właśnie wyglądasz na osobę, która potrzebuje
pomocy.
-
Nie chcę być dla was problem, naprawdę.
-
Ty mi lepiej powiedz, czy umiesz jeździć samochodem.
-
Co? - zaskoczenie tym pytaniem było wyraźnie słychać w moim
głosie. Chyba nigdy nie mogłam przypuszczać, że w tym momencie
usłyszę takie pytanie.
-
Umiesz czy nie? Po prostu.
-
Eee... no umiem, ale po co Ci to wiedzieć?
Patricia
w milczeniu zaprowadziła mnie do jednego z korytarzy, do którego
wchodziło się bezpośrednio z dworu i otworzyła jedne z wielu
drzwi ciągnących się wzdłuż oby ścian.
-
Będziesz mi do czegoś potrzebna, ale w swoim czasie się dowiesz, a
na razie rozgość się.
Zakonnica
oddała mi mój plecak, powiedziała, że za godzinę mam zjawić się
na kolacji i pożegnała się ze mną, zostawiając mnie w samą w
czterech ścianach, które były dla mnie wybawieniem. Pokój był
mały, znalazło się w nim miejsce zaledwie na drewniane łóżko,
szafę i biurko, znajdujące się pod oknem, które wychodziło na
ulicę, przy której znajduje się brama.
Położyłam się na posłaniu i wlepiłam swój wzrok w sufit,
próbując uporządkować swoje myśli, jednocześnie nie skupiając
nie na burczącym brzuchu. Powoli zaczynałam odpływać myślami
daleko, moje ciało zaczęło odczuwać skutki dzisiejszego dnia, a
powieki zaczęły samoistnie opadać.
Przebudziło
mnie delikatne szturchanie. Gdy otworzyłam oczy
otaczała mnie ciemność, a nade mną pochylała się jakaś postać,
którą delikatnie oświetlał blask lamp ulicznych wpadający przez
okno.
-
Która jest godzina? - wymruczałam po polsku, będąc kompletnie
oszołomiona przez wybudzenie ze snu.
-
Wstawaj, musisz coś zjeść – mym uszom dobiegł spokojny głos
Patrici, której nie rozpoznałam, z powodu braku nie ubranego
habitu. Ręką powędrowałam w stronę kieszeni, z której
wyciągnęłam komórkę.
-
Przecież jest pierwsza w nocy! - wydałam z siebie okrzyk oburzenia,
gdy znajoma podawała mi talerz z kanapkami.
-
A czy to takie ważne? - odparła włączając małą lampkę na
biurku. Postawiła koło niej posiłek, a sama pokierowała się w
stronę drzwi – Zjedz, na pewno jesteś głodna, w końcu nie
przyszłaś na kolację. Będę czekała w aucie przed wejściem. A
i ubierz coś cieplejszego, w nocy jest zawsze chłodniej.
Powiedziawszy
to zostawiła mnie całkiem samą w zupełnym osłupieniu. Byłam
tak otumaniona całym tym zdarzeniem, że nic nie myśląc zjadłam
kanapki, przebrałam się w długie spodnie, zarzuciłam na siebie
bluzę i wyszłam z pokoju. Przeszłam przez spowity w półmroku
korytarz i plac, pchnęłam furtkę i znalazłam się na
chodniku. Praktycznie spod ziemi wyrosło przede mną czarny pojazd, o ile moja znajomość samochodów dobrze mi podpowiadała, było to Alfa Romea Giulietta. No no, jak na osobę duchowną, to całkiem
ekskluzywne, pomyślałam. Moja ''opiekunka'' siedziała z przodu, na
miejscu pasażera i pokazywała mi ręką, które miejsce mam zająć.
Wgramoliłam się na siedzenie kierowcy, zapięłam pasy i oparłam
ręce na kierownicy.
-
To twoje auto? Myślałam, że wy nie możecie mie...
-
Nie moje – przerwała mi w połowie wypowiadanego zdania, jednak
jej determinacja w głosie sprawiła, że aż zawahałam się czy
kontynuować swój wywiad.
-
To czyje? - zapytałam po chwili zawahania.
-
Osoby, po którą jedziemy – wyglądała na skupioną i poważną,
tak jakbym widziała teraz zupełnie inną osobę niż
w południe.
-
A mogę wiedzieć czemu nie prowadzisz? Przecież jakoś tym autem tu
zajechałaś.
-
To długa historia... - co chwilę spoglądała na telefon, który
ściskała w dłoni, przez cały czas nerwowo podrygując nogą -
pewnie nie długo się dowiesz, ale teraz nie ma
na to czasu.
Odpowiedziałam
skinięciem głowy i przekręciłam kluczyk w stacyjce. Rozległo się
ciche mruczenie silnika, które w panującej głuszy na ulicach
brzmiało na jak ryczenie lwa pośród afrykańskiej sawanny.
Ostrożnie wyjechałam z miejsca parkingowego i dołączyłam do,
nieżywego o tej porze, ruchu ulicznego. Jeżeli kiedykolwiek
zastanawiałam się, jak to jest uciec z domu, to sądzę, że było
to uczucie bardzo zbliżone do mojego obecnego stanu.
Jeżeli przeczytałeś, zostaw komentarz, chociaż malutki. Dobrze wiedzieć, co ludzie myślą na temat tego co tworzysz :)
Jeżeli przeczytałeś, zostaw komentarz, chociaż malutki. Dobrze wiedzieć, co ludzie myślą na temat tego co tworzysz :)
Intryguje mnie Patricia, jej, a w sumie nie jej, samochód i nocne spotkanie. Czyżby miała jakieś brudne sekrety? :> Kimkolwiek by nie była to jednak cudownie, że się tak zajmuje główną bohaterką.
OdpowiedzUsuńCzekam na dalszy ciąg,
chiyeke, czyli jezochomik :)
Jezu (że tak trochę jak zakonnica powiem), ależ to jest tajemniczy rozdział! Coś czuję, że za tą nocną eskapadą coś się kryje, ale nie jestem w stanie wymyślić, co. No nic konstruktywnego mi do głowy nie przychodzi, więc chyba najlepiej będzie poczekać na ciąg dalszy.
OdpowiedzUsuńDziękuję za komentarz u mnie :) Pozdrawiam!
A więc jestem, nadrobiłam i bardzo mi się podoba to, co piszesz. Szkoda, że skonczyłaś w takim momencie, ciekawość okropnie mnie zżera, gdzież to one jadą! Byle tylko nic się nikomu nie stało...
OdpowiedzUsuńO Boże, GIULIETTA! ♥.♥
OdpowiedzUsuńTo jest tak tajemnicze, że ja chcę więcej i zupełnie nie wiem, jakie motywy ma owa zakonnica i do czego tak naprawdę przyda jej się bohaterka.
Zapraszam na nowy rozdział licze na szczere opinie :) http://milosc-w-barcelonie.blogspot.com/
OdpowiedzUsuń